Shop More Submit  Join Login
×

:iconanatheila: More from anatheila


Featured in Collections

Hetalia by kassica15

Hetalia by Ijona

APH by Lugiia07


More from deviantART



Details

Submitted on
October 26, 2013
Link
Thumb

Stats

Views
648 (2 today)
Favourites
11 (who?)
Comments
42
×
Ameryka kiwał się półsennie na krześle w swojej celi nieświadom tego, że jest obserwowany. Dyrektor Wyzwolonych patrzył, jak jego postać na ziarnistym obrazie z kamery przechyla się lekko na bok, by nagle poderwać się ze strachu przed upadkiem, Alfred rozejrzał się po salce i po chwili wrócił do niespokojnego czuwania.
„Zadziwiające”, pomyślał dyrektor, zakładając na plecach ręce. „Pozwalali manipulować sobą od tak dawna, że nie zauważają, że się ich łamie”. Uśmiechnął się do siebie.
Już niedługo. Jeszcze tylko chwila, jedno zdarzenie, a ten wyniszczany niepokojem mężczyzna będzie zupełnie pod jego kontrolą.
A wtedy wszystko się zakończy.
Do niewielkiego pomieszczenia, w którym znajdował się dyrektor, wszedł Meyers.
- Nasi obserwatorzy donoszą, że Rosja jest już na miejscu – powiedział bez żadnego wstępu. Dyrektor kiwnął głową z zadowoleniem.
- Rozumiem, że przygotowania zostały już zakończone? – zapytał.
- Oczywiście. Tak jak pan podejrzewał, Rosja nie zrobił niczego od razu. Przez jakiś czas tylko obserwował klinikę, zdążyliśmy więc wszystko przygotować. Teraz cokolwiek Rosja zrobi, będzie to wyglądać na atak z jego strony.
- Dobrze – pochwalił krótko Jones. Odwrócił się do monitora, na którym przysypiający Ameryka znowu omal nie spadł z krzesła. – A Williams? – zapytał po chwili.
- O niego też zadbaliśmy. – Meyers wpatrywał się w plecy dyrektora, oczekując kolejnych pytań. Gdy żadne nie padło, sam postanowił jedno zadać. – Jest pan pewien, że to rozsądne? Matthew Williams jest zwykłym obywatelem i jakiekolwiek działania przeciwko niemu mogą postawić naszą organizację w złym świetle…
- Jakie działania? – zapytał Jones odrywając spojrzenie od ekranu. Uśmiechnął się lekko. – My tylko próbujemy uratować jego i innych przed żądnym krwi Rosją. Przykro mi jednak, że przybędziemy za późno i jedyne, co będziemy mogli zrobić, to aresztować mordercę…
Usta Meyersa wykrzywiły się w uśmiechu, który szybko znikł, gdy jego spojrzenie padło na monitor, na którym Ameryka zrezygnował ze snu i teraz nerwowo chodził po swojej celi.
- To wszystko po to, by go złamać? – zapytał jeszcze, brodą wskazując na postać snującą się po ekranie. Jones uśmiechnął się protekcjonalnie.
- Nie tylko – odpowiedział i odwrócił się, by kontynuować obserwację. – Niech helikopter będzie gotowy za dwie godziny – dodał po chwili. – Chcę wziąć udział w aresztowaniu.
Meyers opuścił pomieszczenie z poczuciem, że odkrył kolejną z twarzy dyrektora.
Jones świetnie się tym wszystkim bawił.

Palce ześlizgnęły się po zakurzonym parapecie, gdy Ukraina z cichym piskiem zachwiała się, prawie tracąc równowagę. Zamachała wściekle rękoma i wbiła pięty w znajdujące się pod nią ciało.
- Udusisz mnie! – sapnął Korea, gdy nogi dźwiganej na ramionach Ukrainy zacisnęły mu się na szyi. Szarpnął się mimowolnie, na co dziewczyna z wrzaskiem chwyciła go za włosy. – Puszczaj! – krzyknął, wściekle klepiąc ją po udzie.
Obrócił się z trudem balansując wijący się mu nad głową ciężar i uderzył bokiem o ścianę. Odsapnął z ulgą, gdy uczepiona parapetu Ukraina przestała się go tak rozpaczliwie trzymać.
- Przepraszam – powiedziała drżącym głosem. – Jestem za ciężka i dlatego…
- Nie przejmuj się tym – odparł, znów klepiąc ją po nodze, tym razem trochę protekcjonalnie.
- Zboczeniec – usłyszał cichy komentarz gdzieś z boku. Zerknął w tamtą stronę i napotkał lekko przymrużone, pozbawione wyrazu oczy Norwegii. Najeżył się odruchowo.
- Sam jesteś zboczony – syknął cicho, by nie usłyszała go Ukraina. – Zazdrościsz mi, bo ty byś jej nie uniósł!
- Nie zaprzeczyłeś, że jest ciężka – odpowiedział sucho Norwegia. – Zboczeniec i cham.
Korea sapnął obrażony i już otwierał usta, by się odciąć, gdy Ukraina nagle gwałtownym ruchem odwróciła się od okna i potężnie zachwiała jego równowagą.
- To Dania i Szwecja! – zawołała, nie bacząc na wysiłki Yong Soo. Norwegia spojrzał na nią zaskoczony.
- Szwecja? – zapytał, niedowierzając. Co tutaj robił Berwald? Co się wydarzyło pod jego nieobecność? I jeszcze ten kretyn Dania dał się tak po prostu złapać…
- Dania mówi, że spróbują nas stąd wyciągnąć. Jeszcze nie wie jak, ale spróbują – ciągnęła podekscytowana Ukraina. – Ledwo słyszę przez tę szybę, ale wyglądają na ca… Ach!
Pisnęła przerażona, gdy nagle niewielkie okienko rozbiło się tuż obok jej głowy. Szkło rozprysło się na wszystkie strony, a Ukraina zaczęła zsuwać się z ramion Korei, nie przestając krzyczeć. Z drugiej strony ściany również dobiegł wrzask i huk.
- Uważaj! – zdołał tylko krzyknąć Yong Soo, nim stracił równowagę na dobre i runął wraz z dziewczyną na podłogę.
- Żyjecie? – usłyszeli nad sobą. Norwegia pomógł wstać Ukrainie i wyciągnął rękę do leżącego w odłamkach szkła Korei. Oddychał ciężko, jakby właśnie skończył biec maraton. – Przepraszam, ale jak tylko usłyszałem, że po drugiej stronie jest ten głąb…
- Zgłupiałeś do reszty? Mogłeś uprzedzić, że chcesz rozbić szybę! – fuknął Korea. Już miał zaczynać dłuższą tyradę, gdy po drugiej stronie ściany rozległ się wrzask.
- Co za debil rzuca w ludzi gaśnicą?! – ryknął Dania. – Prawie mnie zabiłeś!
- Prawie – powiedział Norwegia. – Niestety.
- Rzuciłeś gaśnicą? – zapytała Ukraina. – Przecież jest ciężka.
- Była pod ręką.
- Norwegia? To ty? – dało się słyszeć Berwalda. W jego podniesionym głosie słychać było coś na kształt ulgi. – Jesteś cały?
Norwegia nieświadomie położył rękę na piersi, jakby w ten sposób chciał uspokoić przyspieszony oddech. Nawet tak niewielki wysiłek, jakim było rzucenie gaśnicą, był dla niego trudny i sprawiał mu ból. Albo leczył się za krótko, albo jego choroba była w zbyt zaawansowanym stadium.
Nie mógł jednak powiedzieć tego Berwaldowi.
- Tak – odpowiedział po krótkiej chwili. – Cały i zdrów. Oprócz mnie są tu jeszcze Ukraina i Korea.
- Całe szczęście – dobiegło z drugiej strony. Tym razem ulga była niewątpliwa. – Żyjecie… Wszyscy żyjecie…
- Tylko się nie rozklej – burknął Dania, choć w jego głosie też dało się usłyszeć, że kamień spadł mu z serca.
- Dlaczego mielibyśmy nie żyć? – zapytał Korea, ale Norwegia odezwał się głośniej.
- A wy? Jak tutaj trafiliście?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
- Powiedz mu – powiedział w końcu sucho Berwald. Dania coś mu odburknął, ale po chwili odezwał się głośniej.
- Pamiętasz, jak zabrałem cię do lekarza?
Norwegia pamiętał jak przez mgłę. Musiał mieć wtedy wysoką gorączkę, a ból mącił mu umysł. Kojarzył tylko mruczenie silnika samochodu i zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. Całkiem możliwe, że mówił to wtedy Dania.
- Pamiętam… chyba – odpowiedział z wahaniem.
- Wyzwoleni mnie wtedy tak jakby porwali. Szwecję też.
- Tak jakby?
- Możemy przełożyć tę rozmowę na później, kiedy będziemy się widzieć? – przerwał im Korea. – Gadanie do ściany jest trochę dziwne.
Zebrani po jednej i drugiej stronie ściany spojrzeli na rozbite okno znajdujące się nad ich głowami.
- Jakie są szanse na ucieczkę po waszej stronie? – zapytał Dania. – Znaleźliście jakieś drzwi albo działającą windę?
- Tu nic nie ma. Przez kilka dni nie byliśmy w stanie swobodnie się poruszać, ale wiemy, że ktoś tu przychodził podawać nam jedzenie i leki. Pewnie jest stąd jakieś wyjście, ale zamknięte, sprawdzaliśmy.
- Dacie radę przejść do nas? Są tu drzwi na klatkę schodową – powiedział Berwald. – Może uda mi się je otworzyć.
- Pomogę ci – zaoferował się Korea. – Znam się trochę na tym.
- Czyli postanowione. Berwald – rzucił Dania. – Podsadź mnie, oczyszczę ramę okna ze szkła, żeby mogli swobodnie przejść.
Szwecja wymruczał coś niezrozumiałego. Tymczasem Korea odwrócił się do Ukrainy, która spojrzała na niego niepewnie.
- Nie wiem, czy się zmieszczę… - powiedziała cicho.
- Spokojnie, jesteś szczupła. Większy problem mogę mieć ja.
- Nie o to mi chodzi – szepnęła Ukraina, czerwieniąc się i przyciskając rękę do piersi. Spojrzenie Yong Soo powędrowało za tym gestem. Dopiero po chwili zrozumiał i zmieszany odwrócił wzrok.
- Zboczeniec – skomentował Norwegia.
Wbrew swoim obawom Ukrainie udało przejść się przez wąskie okno. Ponownie podsadził ją Korea, pilnie śledzony przez wymowne spojrzenie Norwegii, a po drugiej stronie przechwycił ją Dania, podtrzymywany przy ścianie przez Szwecję. Następnie na wąski parapet wdrapał się Norwegia. Zignorował jednak wyciągnięte ramiona Danii i obrócił się w drugą stronę.
- Właź – powiedział, wyciągając do Korei rękę. Nie przewidział jednak, że nie ma na tyle siły, by kogoś udźwignąć.
- Podciągnij mnie! – zawołał Korea, ślizgając się po ścianie.
- Przecież próbuję! – syknął Norwegia przez zęby, po czym je zacisnął, ignorując ból rozrywający klatkę piersiową. Drugą ręką zaparł się o ramę okna i nie mogąc powstrzymać jęku bólu, szarpnął całym ciałem, niemal tracąc przytomność.
- Wszystko w porządku? – zapytał Dania i wyciągnął do niego rękę.
Wtem dało się słyszeć dźwięk otwieranych drzwi. Szwecja z trudem odwrócił głowę i niemal upuścił Danię.
W korytarzu stało dwóch Wyzwolonych, a za nimi znajdowali się Islandia i Sealandia.
- Co się tutaj dzieje? – zapytał jeden z ochroniarzy i wyciągnął broń.

- Powiedziałem, żebyś mnie nie dotykał!
Pięść Lovina uderzyła na odlew, odtrącając wyciągnięte w jego stronę ręce. Francis westchnął zrezygnowany i rozmasował skronie.
- Zostaw go w spokoju – mruknął Turcja, rzucając Romano niechętne spojrzenie znad komputera. – A jak tak bardzo chce, to niech wraca tam, skąd przyszedł. Nie potrzebujemy takich jak on.
Nim Francis zdołał zaprotestować, ze stojącej opodal kanapy dobiegło przeciągłe ziewanie.
- Takich jak ty też nie potrzebujemy – mruknął półsennie Grecja. – Sam wracaj tam, skąd przyszedłeś.
- To nie ja złapałem gumę na prostej drodze i nie potrafiłem zmienić koła, ty bezużyteczny niedzielny kierowco!
- Przynajmniej mam prawo jazdy, nie to co niektórzy…
- Ty…
Francja westchnął ponownie i odwrócił się do Lovina, starając się zignorować kłótnię za jego plecami. Miał teraz co innego na głowie.
Wszyscy znajdowali się w jego domu, gdzie schronili się po ucieczce ze stowarzyszenia. O ile Francis i Romano przynajmniej na razie nie byli zagrożeni atakiem, o tyle Grecja i Turcja otrzymali wcześniej swoje listy zawiadamiające o rezygnacji ich państw z personifikacji. Sam Francja uznał, że najbezpieczniej będzie ukryć się u niego w domu, gdzie Sadiq i Heracles będą mogli przygotować się do dalszej ucieczki.
- Jesteś pewien, że to dobry pomysł? – zapytał wtedy Grecja. – Nawet jeśli teraz nic na ciebie nie mają, to pomagając nam dużo ryzykujesz…
- Nie macie się o co martwić – odpowiedział Francis, uśmiechając się szeroko. Szeroko, a przy tym bardzo nienaturalnie, co od razu rzuciło się w oczy pozostałym mężczyznom. – To tylko na chwilę. Skontaktujecie się z Holandią i znikniecie, zanim ktokolwiek domyśli się, że tu byliście.
Spędzali więc w swoim towarzystwie kolejną godzinę, starając się nawiązać kontakt z grupą Holandii i próbując nie pozabijać się nawzajem. To ostatnie okazało się dość trudne w przypadku Lovina.
Romano nigdy by nie wszedł dobrowolnie do domu Francji, tym razem jednak podążał za niewielką grupką jak w amoku. Dopiero gdy Francis chciał wypytać go o chorobliwe znamię na jego skórze, Lovino otrząsnął się z szoku i nie szczędząc obelg kazał mu iść do diabła. Nie poprawiło to jego wizerunku u Grecji i Turcji, którzy popatrywali nieufnie na zdrajcę, okupującego teraz kuchnię.
Francis przeczesał dłonią włosy, zmierzwione i brudne po pobycie u Wyzwolonych i brawurowej ucieczce. Musiał przekonać Romano, by ten się od nich nie odwracał. Nie mogli pozwolić sobie na utratę jakiekolwiek sprzymierzeńca, nie po tym, co stało się w podziemiach Stowarzyszenia. Potrzebowali Lovina.
Wszedł do kuchni, a Włochy na jego widok niemal wbił się plecami w blat, o który się opierał. Jego dłoń zaciskała się na barku, a Francis dostrzegł, że palce mu drżą.
- Boli? – zapytał, siadając na krześle przy stole w bezpiecznej odległości. Mimo to Lovino łypał na niego groźnie.
- Co niby?
- Twoje ramię. Musi się boleć, po takim wysiłku…
- Nie twoja sprawa.
Francja poczuł, że drży mu powieka. Zamrugał kilka razy, powtarzając sobie w duchu, że nie powinien się irytować.
„Jak Antonio daje sobie z nim radę?”.
Na myśl o uwięzionych przyjaciołach zgrzytnął zębami. Koniecznie musiał przekonać Lovina do współpracy.
- Musisz być sprawny, jeśli mamy pomóc Feliciano i innym – powiedział powoli, obserwując skurcz, który przebiegł po twarzy Romano na wspomnienie brata.
- Nie… nie mogę mu pomóc. – Ręka zacisnęła się na barku tak mocno, że musiało to sprawić ból.
- Nie musisz tego robić sam. Masz nas.
- Zdradziłem go.
- Feliciano na pewno zrozumie, że chciałeś dla niego jak najlepiej. Przecież pobiegłeś mu na ratunek…
- Nie masz o niczym pojęcia! – niemal krzyknął Lovino. Odgłosy kłótni w pokoju obok umilkły. – To nie o Feliciano chodziło, tylko o mnie! O mnie, rozumiesz? To mnie mieli wyleczyć, nie jego! Zdradziłem mojego brata, żeby pozbyć się tego cholernego znamienia i żeby w końcu udowodnić wszystkim, że jestem czegoś wart!
Urwał, zachłystując się powietrzem i powstrzymując łzy. Był uosobieniem żalu i odrazy do samego siebie, a Francis nie mógł teraz powiedzieć, że nie czuje do niego tego samego.
- Co takiego? – padło w wejściu do kuchni, skąd Turcja patrzył na Lovina z niesmakiem. Ponad jego ramieniem wyglądał Grecja.
- Wiedziałem, że rząd nie potrzebuje dwóch personifikacji – zaczął Romano, nie patrząc na żadnego z nich. – Gdyby mieli wybierać między nami dwoma wiadomo, że to mnie pozbyliby się najchętniej. Ale wtedy wyszła na jaw choroba Feliciano…
- A ty swoją ukryłeś, żeby utrzymać się na stanowisku – dokończył Sadiq, nie kryjąc pogardy. – Pognałeś do Wyzwolonych i wydałeś im nie tylko brata, ale też Gilberta, Alfreda i Kubę…
- I nas również – dodał Grecja.
- Nie wiedziałem, że to się tak skończy! – zaprotestował Lovino.
- Nie wiedziałeś? Nie rozśmieszaj mnie! – warknął Sadiq. W kilku krokach przemierzył kuchnię i stanął naprzeciw Romano, który skulił się odruchowo. – Przez ciebie wpadliśmy wszyscy. Gdyby nie Hiszpania, sam pewnie leżałbyś teraz na stole operacyjnym, naszprycowany jakimś paskudztwem…
Na wspomnienie Antonia Lovino zagryzł wargi i wbił spojrzenie w podłogę.
- Ja… nie prosiłem o to – powiedział po chwili cicho i nagle poderwał głowę, posyłając Turcji wściekłe spojrzenie. – Nie prosiłem o to, by ktokolwiek z was mnie ratował! Nic by mi nie było! Ten cholerny kretyn sam jest sobie winien!
- Ty mały niewdzięczny…
Francis ukrył twarz w dłoniach. Wszystko się sypało. Jeśli teraz czegoś nie zrobi, nigdy nie dojdą do porozumienia i nie uda im się uratować uwięzionych przyjaciół.
Powoli jednak tracił wiarę w to, że personifikacje potrafią działać razem. Zbyt dużo było między nimi zadawnionych uraz, nowego żalu i zainteresowania jedynie swoimi interesami.
Kiedy stali się tacy samolubni i chciwi? Czy tak dzieje się, gdy nie ma już nadziei? Czy właśnie dlatego personifikacje przestały być potrzebne? Bo przestali reprezentować jedność?
Czy żeby utrzymać ich razem powinien ich kolejny raz oszukać?
Krzesło zaszurało o podłogę, gdy Francja gwałtownie się z niego poderwał. Pozostałe państwa rzuciły mu zaskoczone spojrzenia: Grecja nieco zaspane, a Turcja i Romano z iskrą jeszcze nieugaszonego gniewu.
- Chodźcie wszyscy – powiedział Francis, patrząc na nich uważnie. – Chcę wam coś pokazać.
- Nie mamy czasu na pierdoły - zaczął Turcja, który dopiero teraz zdał sobie sprawę, że trzyma Lovina za przód koszuli. Odepchnął go z pogardą, ignorując rzucone mu wściekłe spojrzenie.
- Otóż to, nie mamy czasu na pierdoły – warknął Francis, doprowadzony do ostateczności. – Jeżeli tak bardzo chcecie się brać za łby, to wypad. Do cholery, tu nie chodzi tylko o was, osły!
Wszyscy popatrzyli po sobie ponuro i po chwili posłusznie ruszyli za Francją do drugiego pokoju, w którym stał wciąż pracujący komputer. Francis szybko wpisał jakiś adres i odwrócił monitor, by pozostali mogli go zobaczyć.
- Wiecie, co to jest? – zapytał.
- Blog Gilberta – odpowiedział Grecja. Turcja posłał Francisowi niechętne spojrzenie.
- To niby nie są pierdoły, tak? – burknął, ale Francja go zignorował.
- Przyjrzyjcie się uważnie – powiedział. – Czy coś nie wydaje wam się dziwne?
- Wszystko. W końcu to blog Gilberta – mruknął Sadiq, ale posłusznie pochylił się nad ekranem razem z Grecją i Lovinem.
- Zwróćcie uwagę na datę ostatniego wpisu – podpowiedział Francis, gdy pełna konsternacji cisza zaczęła się przedłużać.
- Jest sprzed miesiąca – skomentował Grecja. – Co w tym takiego dziwnego?
- Gilbert nigdy nie robił sobie tak długiej przerwy w pisaniu swojego dziennika.
- Przecież pojmali go Wyzwoleni, i to dwa razy – zauważył Turcja. – To chyba normalne, że nie miał okazji zajrzeć na swojego bloga.
- Miał okazję – powiedział Francja powoli, czując na sobie uważne spojrzenie trzech par oczu. – Gdy znalazłem go po ucieczce od Wyzwolonych, przyprowadziłem go do siebie i zaproponowałem mu, by skorzystał z komputera i uzupełnił wpisy. To normalne – dodał, widząc uniesioną  brew Sadiqa. – Zawsze tak robiliśmy, gdy Prusy zostawał u mnie na dłużej. To go uspokajało.
- No i?
Francis odetchnął głęboko, zbierając siły. Czas wyznać im prawdę.
- Gilbert… On niczego nie pamiętał.
Po tych słowach przez chwilę panowała cisza. Grecja odezwał się pierwszy.
- Nie rozumiem. Mówisz o pobycie u Wyzwolonych? To tego Prusy nie pamiętał, prawda?
Francis powoli pokręcił głową.
- On nie pamiętał prawie niczego z bycia personifikacją – powiedział. - Wpatrywał się w ekran komputera i nic nie rozumiał, tylko pytał: „Ja to napisałem?”, „To niemożliwe”, „Kim jestem, do cholery?!”...
- Bzdura – odezwał się Sadiq. – Zachowywał się przecież normalnie, o ile można mówić coś takiego o Gilbercie.
Francis westchnął.
- Podejrzewam, że to efekt niedokończenia procesu depersonifikacji – odparł. – Wspomnienia mogły wrócić po jakimś czasie. Albo…
- Albo przeczytał blog i postanowił grać – dokończył Turcja. Uderzył pięścią w otwartą dłoń. – Cholera!
- Jeżeli udawał, to po co? – odezwał się dotąd milczący Lovino. Gdy wszyscy zwrócili na niego wzrok, spuścił głowę i objął się ramionami. - Jeśli nic nie pamiętał, to nie łączyły go z nami żadne więzi. Dlaczego miałby się narażać i dla kogo? To idiotyczne…
Turcja otworzył usta, by powiedzieć coś złośliwego, ale powstrzymał go Francja, kładąc mu dłoń na ramieniu. Ścisnął je lekko, po czym puścił i podszedł do Lovina.
- Nie wiem, po co udawał, jeśli rzeczywiście to robił – powiedział szczerze. Uśmiechnął się lekko. – Nie prosiliśmy go o to. Zrobił to, bo chciał, tak jak Hiszpania pomógł ci w ucieczce. Oni tacy już są.
Romano uniósł głowę i spojrzał na Francisa. Zagryzł wargi.
- Być może Gilbert nie pamięta więzi, które nas łączą – ciągnął Francja. – Ale to nie znaczy, że ich nie ma. I to nie tyczy się tylko jego – dodał, odwracając się do Turcji i Grecji. – Nas też.
- Jakoś nie cieszy mnie perspektywa posiadania więzi ze zdrajcami – odezwał się Sadiq, nieufnie spoglądając na Lovina. Romano poczerwieniał.
- Czego ty ode mnie chcesz, cholerny draniu?! – wrzasnął, po czym skrzywił się i chwycił za bark. – Mam iść do Wyzwolonych sam, tego chcesz? Żebym…
Nagle urwał, jakby zdał sobie sprawę, że powiedział za dużo. Francis spojrzał na niego uważnie, lekko przechylając głowę.
- A czego ty chcesz, Lovino? – zapytał. – Dlaczego wciąż tu z nami jesteś?
Romano ukrył twarz w dłoniach, jego ramiona drżały. Po chwili dobiegł ich jego cichy, ledwo słyszalny głos.
- Chcę… chcę pomóc Feliciano… I temu idiocie też. Ale boję się zrobić to sam… – Potem uniósł głowę i spojrzał na zebrane w pokoju państwa. – Chcę wam pomóc. Nie… Chcę, żebyście to wy mi pomogli. – Po chwili walki z samym sobą dodał. – Proszę.
Turcja prychnął lekceważąco, ale na widok karcącego spojrzenia Francisa powstrzymał się od komentarza. Francja tymczasem odwrócił się do Lovina.
- Nie ma sprawy – powiedział po prostu. Nie byłby jednak sobą, gdyby nie dodał. – Jak pójdziesz ze mną na kolację, to wtedy…
- Chyba jednak dam sobie radę sam – Romano odwrócił się sztywno i ruszył do drzwi.
- Zero poczucia humoru – westchnął Francis, wywracając oczami. W duchu jednak odetchnął z ulgą.
„Przepraszam, że was okłamałem”, pomyślał. „Kiedyś to wyjaśnię. To i jeszcze jedną sprawę…”.
- Ej, a widzieliście to? – zapytał nagle Heracles, pochylony nad monitorem komputera, na którym wciąż wyświetlał się ostatni wpis na pruskim blogu. Wszyscy podeszli do niego, przepychając się, by mieć jak najlepszy widok.
Ostatni komentarz, dodany anonimowo, brzmiał: „Wpadnij na konferencję, pruska zarazo!”. Napisano go niedawno, zaledwie dzień wcześniej.
- Co to do cholery ma znaczyć? – zapytał Francis. Wszyscy jednak patrzyli po sobie, nie rozumiejąc.
Erm... Cześć wszystkim? To ja, anatheila. Tak, ta anatheila, która nie odzywała się przez pół roku. Ta, która haniebnie porzuciła United i ta sama, która próbuje ratować skórę przed kamienowaniem, dając Wam taki lichy rozdział. Mogę liczyć na wybaczenie?

Dlaczego uważam, że rozdział jest lichy? Bo połowa pisana była pół roku temu, a druga połowa dziś, to raz. Dwa, miał być dłuższy i wypakowany akcją, ale gdybym zdecydowała się na zrealizowanie tego, co zamierzałam, to tekst zamiast 8 stron, miałby ich 20. Trzy, dawno nie pisałam. Bardzo dawno. I to widać. Cztery, wrzucam go właściwie tylko po to, by dać znać, że żyję i że myślę nad powrotem.

Czy rozdział ten oznacza powrót United na dobre? Nie wiem. Na pewno powstanie jeszcze jedna część, być może wkrótce, bo koniecznie chcę opisać to, czego nie udało mi się zrobić w tej części. Co dalej? Zobaczymy.

Kajając się i biczując, proszę o wytknięcie ewentualnych błędów.

Rozdział jedenasty: anatheila.deviantart.com/art/A…
Rozdział trzynasty: anatheila.deviantart.com/art/A…
Add a Comment:
 
:iconmuffinekjagodowy:
MUFFINEKJAGODOWY Featured By Owner Dec 19, 2013
Pierwszy czas od początku roku szkolnego miałam siłę i czas, żeby usiąść i coś przeczytać <liceum niszczy ludzi>.
Także odmeldowywuję się i dobrze jest ^_^
Reply
:iconanatheila:
anatheila Featured By Owner Dec 19, 2013
Jeju, chcą Was zamęczyć w tej szkole? :/ Ale cieszę się, że się odzywasz, dziękuję za to:aww:
Reply
:iconmuffinekjagodowy:
MUFFINEKJAGODOWY Featured By Owner Dec 19, 2013
Mam za daleko i się nie wysypiam :/
Reply
:iconanatheila:
anatheila Featured By Owner Dec 20, 2013
Ja dojeżdżałam niecałą godzinę, więc nie miałam tak źle, a teraz mieszkam o rzut beretem od uczelni... Współczuję, nie ma nic gorszego, niż się nie wyspać :/
Reply
:iconender277:
Ender277 Featured By Owner Nov 3, 2013  Hobbyist Writer
No, nareszcie, widzę, że oczekiwanie się opłaciło :) już się bałam, że zupełnie zrezygnowałaś z pisania.
Jak zwykle, utrzymujesz świetny styl i dobrze prowadzisz akcję. Zazdroszczę Ci talentu do wczuwania się w postaci, wiesz? Oddawaj połowę!
Norge po prostu rozbraja ^ ^ najszczersze wyrazy współczucia dla Korei, Tuńczyka... to jest, Danii... no i Berwalda. Szkoda tylko, że autor Hetalii pominął w kanonie relacje szwedzko-norweskie. W obecnych czasach chyba tylko Skandynawowie rozumieją sens szwedzkich kawałów o Norwegach i identycznych norweskich o Szwedach, których pełno można znaleźć w Internecie.
Reply
:iconanatheila:
anatheila Featured By Owner Nov 3, 2013
Nawet nie wiesz, jak mi wstyd, że kazałam tak długo czekać^^;
Dziękuję za pochwały, choć mam ambicje pisać lepiej. To był taki rozdział na rozruch, mam nadzieję, że następny spodoba Ci się jeszcze bardziej (a jestem w trakcie pisania, więc powinien pojawić się już niedługo - o ile nie przejedzie mnie tramwaj albo nie spadnie na mnie meteoryt).
Hima niestety pominął, jeśli nie przekręcił, wiele relacji między państwami. Szkoda, bo naprawdę nie mam się na czym oprzeć, a stosunki międzynarodowe aż tak mnie nie interesują, by się w nie wgłębiać. Stąd też w wielu wypadkach piszę po prostu na wyczucie, bardzo po omacku i na próbę. Mam więc nadzieję, że tego nie skiepszczę:D
Reply
:iconender277:
Ender277 Featured By Owner Nov 4, 2013  Hobbyist Writer
Aj tam, grunt, że jeszcze żyjesz... :iconthreatenplz: nie, ja wcale nie grożę... ^^
Im więcej piszesz, tym lepiej. Mi w tej chwili znów wraca faza na saj faje i jestem wkurzona, że żadnego sensownego nie mogę wymyślić tematu.
Nic Cię nie przejedzie, już ja o to zadbam. Przynajmniej do momentu, w którym skończysz pisać :D
Jeśli masz jakieś pytania odnośnie stosunków międzynarodowych, wołaj. Trochę się tym interesuję i postaram się pomóc.
Reply
:iconanatheila:
anatheila Featured By Owner Nov 4, 2013
Nie, ja wcale się gróźb nie boję...^^;
Jak faza wraca, to i pomysły się znajdą, spokojna głowa. A za ofertę pomocy dziękuję, zawsze dobrze wiedzieć, że mam się do kogo zwrócić w razie wątpliwości:D
Reply
:iconender277:
Ender277 Featured By Owner Nov 4, 2013  Hobbyist Writer
skąąąd :D tak jest zawsze. Nie ma za co, jeśli będę w stanie - pomogę :D
Reply
:iconslodyczchin:
SlodyczChin Featured By Owner Oct 29, 2013
Ojej, jak miło widzieć, że coś dodałaś.
Ale ja United czytać nie będę (no dobra, pierwszy rozdział zaczęłam, ale tylko troszkę), dopóki nie zostanie ono skończone. Kilka razy już czytałam coś dobrego, ale to coś nie zostało i pewnie nigdy nie zostanie dokończone, więc od teraz ruszam już tylko skończone serie. 
Jednak z racji że jestem zbyt ciekawska, czasami czytam sobie chociażby pierwsze dwa zdania, i muszę powiedzieć że bardzo mnie kusi. Ale nie, zabraniam sobie i już ;-;

Czekam na więcej, jak pozostali tutaj zebrani (tyle że ja nie czytam zawartości, a jedynie ostrożnie przeglądam komentarze i opis pod rozdziałem).  
Reply
Add a Comment: